Nawigacja

start ulub autorka księga

Opowiadanie

rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V

Jest świat. Zimny wiatr, yhmmm... chłodny. Spowity w jasnym świetle słonecznym nie wie czyje oczy go oglądają. Oślepion blaskiem nędzny głupiec dzień. Za to noc, mmm... dreszczyk przerażenia niepewności. To mi schlebia. Wszelkimi sposobami próbuje zabić pasożyty. Najmocniejsze zostają. Ja jestem panem.
Ludzie robią poranne zakupy. Myślą, że świeża bułka coś zmieni. Bo szynka wiejska jest droższa niz smaczek. Bo margaryna to nie masło. Prozaiczne, pokaz statusu - zakupy za sto złotych w jednym z hipersuperkurwadupermarketów. Skoczyć do pobliskiego warzywniaka po sałatę bo tam jest świeższa. Ona zawsze tak robiła. Zawsze czujna i kochająca. Ślepa i naiwna piękna pani z białymi liliami w złotych włosach. Z ustami wygiętymi w uśmiech do końca. Nawiekiwieków, amen.
Śniadanie u Alfreda, kanapka, sałata, ser, pomidor bla bla bla. Która to? Szósta. Chyba ma otwarte. Starzy-smotni hutnicy muszą gdzieś jadać. Ulica Reymonda, dwie przecznice w prawo jedna przed siebie.
Patrzy ma mnie. Fuk idzie tu. Dlaczego dziecinko, dlaczego dziś. Dziś nie mogę. Któregoś innego dnia, wtedy będziesz moja. Poczekaj. Dziś, dziś muszę iść do mojej Kariny. Nie, nie mojej. Do jego Kariny. Ona zasługuje na każdego lepszego od nas. Paradoks, uniżam się przed kobietą. Ale cóż to za dziewczę. Mmmm... cóż za dziewczę. Biała spódniczka jak biała skóra na uchhh... Łopatki pod zimnymi palcami ściągają ku sobie wypinając ummm... Karmeloskóra dziwka. Pobożni rodzice, splamione dzieci. Idź już dziecko. Prawo lewo lewo prawo na co ty liczysz? Kruszynko zdepcze cię w proch i nic trawozielone oczy nie pomogą. Nie lubię natrękrętek, natkrętek, nad krętek, są dziurawe na wylot. Ymm... miękka skóra, ale znajdę inną sofokremową ogrodniczkę z groźnym sprzętem, strażak ze śrubokrętem. Myślę, że powiem jej o tej przygodzie. I wysnuję wnioski, opiszę choć był to stan beztroski.
Nikt nie patrzy, idziemy na raz, dwa, trzy. Co tu robi ten fiat. Ona też życzyła mi śmierci. Jedna wiedziała co mnie czeka. I miała cholerną rację. Pieprzona matczyna miłość, która nic nie potrafi zrobić. Jak dziecko bez rączek, źrebię bez nóżek, żal ból i groszek. Twarz jej uciekła, siły ustały. Nie uratować swego, pierworodnego. Oddech jej upadł. Wiara do końca. Prowadzi. Ale ludzie nigdy nie umrą. Robaki, kleszcze we włosach ziemi. Skórze betonów. Ale one umierają. Ona-anioł w objęciach niepamiętnego krzyku. Nie rodzą aniołów, dlatego wymrą. Pomioty anielskie równe szatańskim. Wszechświat pozostawiony samowolnie, na pastwę wody i ognia. Dzieci ludzkie biegnące do pracy, a rankiem woda, a zmierzchaniem ogień. Pomiędzy jej udami palące samcze biodra. Zmywane świtaniem na pokusę kolejnych. Kurczaki na rożnie, które nawet ich nie przypominają. Fotograf, frejzjer, hot-dog i kręgiel. Staromodny daszek nad wejściem. Dyzy-yń, jestem tu. Tak, patrzcie na mnie, marne śmiecie. Pierś z anioła. Mleko jej ran. I ser, tak mama zawsze wiedziała jak dziecko karmić. Własną krwią napoić. Rzygi kanibalizmu. Tak i skóra na rękawiczki. Tak gładka i czysta, że pie..., pić ją można.
- Co panu podać? - Mała gruba d-z-iwa. - Kompot malinowy - smak jej śliny, gdy przełykała ją ostatni raz - sandłicza z szynką, serem, pomidoremisałatą. - Bo ona wiedziała jak utłuczyć swoje dziecko. - Oczywiście. - I Ty pełnokrwista brzydulo nie padłabyś do mych stóp. Tylko jemu dajesz... Siwy złowieszczy żarłok. 
Na jej półmisku udziec baranka, kozła ofiarnego. A on coraz wyżej, bliżej wąskiej tali. Oddana pierś. Bo wszystko co widzisz to jest, co słyszysz. Nie ma ukrytej prawdy. Kwiat pozostanie kwiatkiem, za chlebem nic się nie kryje. Tu nie ma szatana, boga, gnoma i wróżki. Tylko anioły schodzą mleczną drogą...- i rodzą diabelskie pociechy. Szatan nie słucha swych wiernych-ślepych bo upodobniłby się do dobra. A czyste zło sobą zostanie by trwały nędzne pchły przebrane. Opętana kanapka. Ale zielonooka piękność zostanie matką. Jest nią ze mną. Jest nade mną. A boskość między jego lędźwiami i władza w jego palcach. Ujarzmił niebieskość, posiadł nieludzkość, zapłodnił przeczystość. I nigdy nie wiedział co poczynił. Karał swoje zło w niewinnym. Szukanie drogi w czystym polu. Bo droga to coś więcej, ale więcej błądzą. Wydeptane ścieżki naokoło. Buszujący w zbożu, nadzy, rozszalali ludzie. Dzieci kwiatów - maków. Czerwone płatki na jego dłoniach, odbijane na bladych policzkach. Ja i strach. Pośrodku ludzi wariujących i wiwatujących granicy percepcji. Złudnej prawdzie, że tam coś jest. Więcej niż tutaj, innego niż wszędzie. Życie na nich czeka na skraju lasu. Ucieka wgłąb i nigdy, do końca go nie znajdą. Wśród drzew bezbronne nimfy czekające na uchh... Mokre rosą wzgórza, muskane wiatrem jego ust. Ja tu, rozłożony na jej miękkiej trawie. Ona daleko, nienie, jej nie ma. Brak jej tchu. Nie widzi twarzy, słońce jego lica oślepia ją. I tańczy tańczy tańczy w ogniu, rozpalona, a jej trawa płonie. Kłęby dymu uchodzą ku niebu-niemu w zimnym powietrzu.

***

- Dzień dobry Tomku. Co sprowadza Cię o tak wczesnej godzinie? - zapytała pani Irmina Milczarek. Usiadła w miękkim, beżowym fotelu i utkwiła wzrok w atramentowych oczach.
- To nie powinno panią obchodzić - odpowiedział mężczyzna. W grubych szkłach jej czarnooprawionych okularów odbijała się jego twarz. Zwrócił się w stronę okna.
- Dobrze, zacznijmy od relacji z ojcem. Kiedy ostatnio z nim rozmawiałeś? - Nie tracąc spokoju, bez zastanowienia kontynuowała.
- Ja nigdy z nim nie rozmawiałem.
- Inaczej, kiedy ostatnio mieliście kontakt ze sobą?
- Na pewno wcześniej niż ostatni czek. - Tomasz widocznie nie chciał być miły, na co wskazywało także dorzucone:
- A może zrezygnowałaś już z honorarium?
Wiedział, że z nią nie pogra, jeszcze nie teraz. Wciąż była twarda i promiennie opanowana. Nie mógł jej urazić nawet takim spoufaleniem, chociaż oboje zdawali sobie sprawę, że mogą uderzać celnie.
- Nie potrzebowałeś go ostatnio? - zapytała, jednak nie tryumfalnie, bez okazania wyższości i znajomości słabych punktów, okazała, że nie był dla niej przeciwnikiem.
- Pani oczekuje zwierzeń, ukrytych żądz. Wydaje się pani, że na tym buduje się moja istota. Ale niech pani wspomni Doktora Lectera: "Pożądanie zaczyna się od tego, co widzimy wokół siebie na co dzień." - Zwrócił na nią przenikliwe atramentoniebieskie oczy.
- Ojciec nie przebywał w Twoim otoczeniu...
- I dalej - przerwał jej niepotrzebny wywód - "Czy nie czujesz oczu, które obmacują cię każdego dnia podczas przypadkowych spotkań..."? - mówił z coraz większą ekspresją, dopiero widok jak podświadomie sprawdza obecność obrączki na serdecznym palcu prawej dłoni i gładzi, uspokoił go.
Pani Irmina Milczarek sięga po wysoką szklankę w trzech czwartych wypełnioną wodą. Już dawno oduczyła się poprawiania okularów ze zdenerwowania, ale to jest rodzaj napięcia, dwoma palcami łapie zausznik. Dynamizm zanika, jego twarz odwraca się w stronę okna, jej szuka pytania w notatniku.
- Próbowałeś spać przy otwartych drzwiach, tak jak o tym rozmawialiśmy ostatnio?
- Tak, po ostrej zabawie wychodząca w nocy dziwka nie zamknęła ich za sobą. Od lat nie spałem tak produktywnie - powiedział gniewnie.
- Czegoś ci dzisiaj...
- Mówi pani jak nastoletnia dziewica - powiedział Tomasz przerywając to irytujące pytanie. - Idąc ulicą rzuciła się na mnie jakaś dziecinka.
- I nie wykorzystałeś tego?
- Nie.
- Dlaczego?
- Co: dlaczego? - rzucił Tomasz. No, powiedz to. Chcę to usłyszeć od ciebie, z przepony łonowej. Wyrzuć to z siebie. No już: Dla-cze-go...
- Dlaczego jej nie przeleciałeś? - zapytała zdegustowana pani Irmina. Nie lubiła brutalnych i jednoznacznych, wręcz bezwstydnych określeń. Brzydziła się ordynarnością, a szczyciła swą wyrafinowaną mową i subtelnymi żartami. Jednak jej twarz pozostała pogodna i nieruchoma. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że ten wychudzony, wysoki chłopak wie jaki niesmak wywołał.
- Bo idę dziś do Kariny - powiedział Tomasz i poczuł się naprawdę zadowolony. Chyba nawet uśmiech lekko poruszył jego ustami, tylko na ułamek sekundy.
- Co do niej czujesz? - zapytała pani Irmina Milczarek. To samo pytanie padło dwa tygodnie temu i cztery, i jeszcze przed tym. Brak było tej pożądanej odpowiedzi, którą on już w sobie ułożył, a do której jeszcze nie potrafił się nawet przed samym sobą przyznać.
- Kocham ją - odpowiedział tonem tak oczywistym jakby było to czynnością równą piciu i oddychaniu. Wciągnął mocno powietrze nosem, a jego pierś wypięła duma. Głowa uniosła się lekko do góry czekając poklasku.
- Dlaczego?
Prychnął w duchu.
- Miłości nie da się wytłumaczyć - rzucił znowu zwracając blade lico w stronę słońca.
- Przypomina ci matkę, prawda? - spytała pani Irmina, uderzyła w sedno sprawy.
- Nie będę o tym mówił - odpowiedział krótko. Jednoznaczne: zmień temat.
Nastąpiła, krótka chwila ciszy. Jednak, pomimo całej mroźności bryły jego ciała i surowości słów, kobieta wciąż spoglądała na Tomasza zza grubooprawionych okularów. Nie bała się tego profilu z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, choć często jej się zdawało, że głęboko osadzone, atramentowe tęczówki czytają myśli i patrzą na przestrzał. Postanowiła kontynuować by nie skupić się przypadkiem na wspomnieniu pierwszego spotkania. Niewybaczalnym momencie słabości, który z łatwością wykorzystał:
- Wpuścili cię w końcu do matki?
- Obaj kochamy jedną kobietę - wygrywa ten możniejszy. Przecież wiesz, że ojciec przekupił strażników. Stary skurwiel, pewnie siedzi za lustrem weneckim i przeklina dzień moich narodzin. Płacze nad jej grobem, kiedy ja nie mogę. Mści się na mnie za jej upadek. Choć w końcu jest całkowicie pod nim, ma to, czego zawsze pragnął. Pewnie karze im zostawiać go sam na sam z moją matką i na jej oczach, niewidzących jego, nic nie widzących, wycią...
- Przestań Tomaszu, - przerwała mu. Zrozumiała jak chybionym pomysłem było śniadanie. - Jak myślisz, dlaczego cię od niej odciął? Nie mam tu na myśli powodów związanych z twoją matką. Co nim teraz kieruje, kiedy co miesiąc płaci strażnikom i ordynatorowi?
- W tym wszystkim o nią chodzi. Jest zazdrosny, czuje konkurencje.
- A ty co czujesz teraz, po dziesięciu latach?
- Kocham ją i czuję ją - powiedział mięknącym głosem. Nie mógł tego opanować. - Co dzień czuję, że to właściwa kobieta.
Tak rzadko widziała jego twarz przyjemnie żywą, że nie mogła oderwać od niego wzroku. W końcu zobaczyła chłopca, blondwłosego urwisa, biegnącego do domu na matczyny obiad. I za to ją ukarał. Jego oblicze spochmurniało i rzekł jak mantrę:
- I nie zapyta pani co robi matka? I nie zapyta jak dziecko zostawia? Jak zachowuje się matka? 
Poczuł zagrożenie, przyjął postawę atakującą, uniósł się gniewem, wybrał słaby punkt ofiary i uderzył pieniącym się pyskiem. Zahuczało jej w głowie, jak głowica atomowa tysiąc malutkich części łaknącego łona. Ono pragnie zygoty. Bariery pękają, trzaskają, tryskają... naga, nga, tęnga przed oczami całego świata - łka. Brakowało mu tylko drgnięcia dźwigaczy, ale to nie nadeszło.
- Co chciała ci zrobić? - zapytała z tym samym wyrazem twarzy. Chciał siebie przekonać, że jest sztuczny, zwłaszcza w tamtym momencie. A jednak zmusił się do gniewu, choć one łkały w jego duszy - strasznej, dziurawej pajęczynie utkanej z przypadkowych zdarzeń - mieszając oną pasję ze smutkiem.
- Ona chciała mnie zabić. - Zatrzymał się na chwilę, myślał o tym czy wyjść - został, sam się sobie dziwiąc. - Szedłem chodnikiem kiedy serce ziemia pękła, tak jak te obcokształtne serduszka, które rysują budzące się seksualnie dziewczynki. Otworzyła swe bulgocące wnętrze. Czy wie pani, że mamy własne słońce wewnątrz ziemi. Żar bił z niego. A ja stałem nad tą przepaścią i bałem się spojrzeć w dół. Tam były setki, tysiące płonących ciał-dusz. One wszystkie gotujące się we krwi świata, to one trzęsą naszą matką - zatrzymał się na chwilę, jakby przeżywając to od początku.
- Możemy przerwać w każdej chwili, jeśli nie możesz dalej - powiedziała pani Irmina, wiedziała, że nie skończy, że sprawia mu satysfakcję ta uwaga na nim skupiona. Czeka owacji na stojąco i bije się o miejsce w kącie sali by nikt go nie widział.
- Oczywiście, że mogę - oburzył się lekko. - Nagle zawodzenie wypełniło powietrze, żałosne i donośne. Spazmy rozrywającego bólu wyrażane kobiecym krzykiem. Poznałem jej głos, płakała nade mną. Synem, którego zostawiła którego nie udało jej się złożyć w ofierze. A jej łzy spadały jak deszcz. Wiatr zaczął dąć, tak silny, że z trudem utrzymywałem się nad krawędzią. I wzmagał się coraz bardziej, kiedy kolejne jęki spadały jak gromy z nieba. I nawet chciałem skoczyć - przerwał nie wiedząc co dalej powiedzieć. Z chęcią zakończyłby to w tym momencie, ale historia nie może pozostać bez pointy. Komiks bez obrazka, on bez orgazmu, ona z przepony. Głośno jest przy urodzeniu, pierwszym razie, burzy.
- Ale nie skoczyłeś?
- To, że tu siedzę jest chyba wystarczającym dowodem, że nie skoczyłem. Nie mogłem, ale moje serce tam wpadło. Było takie ciężkie, ciągnęło w dół. Ona tam jest, prawda? Kobieta-anioł okryta delikatną satynową powłoką. Moje serce wydarte z piersi - zabrała!
- Co było dalej? - zapytała spokojnie pani Irmina.
Tomasz wziął głęboki oddech. Krew zabulgotała w żyłach i wróciła do normalnego tempa. Tlen wypełnił komórki jego ciała. Wypalił się zabierając ze sobą złość. Teatralnym ruchem głową zwrócił twarz w jej stronę. Szeroko otwarte, atramentogranatowe oczy świdrowały jej duszę. Ja tu cierpię! Ach tak tak, bajka bez płenty.
- Ziemia zatrzasnęła swe wejście, powietrze zamarło i ponownie zapanowała ciemna noc. Tyle Ci wystarczy.
Jasna skóra fotela odetchnęła, kiedy wstał i skierował się po czarny, zamszowy garnitur zwisający z dumą i godnością z jednego z ramion wieszaka. Pani Irmina spojrzała pytającymi błękitnymi tęczówkami na chłopaka.
- A gdzie Ty się wybierasz?
- Muszę iść do Kariny - odpowiedział wciągając okrycie na plecy.
- Przyprowadź ją ze sobą, choć raz.
- Nigdy - rzucił znikając za drzwiami pomieszczenia.

***

Patrzył z uwagą jak wchodzi do pomieszczenia. Blade dłonie obejmowały białą terakotę z podobizną Elvisa. Nawet poszarzały król zdawał się zdrowszy od tych dłoni pokrytych plątaniną naczynek krwionośnych. Wiły się one i układały w misterne, purpurowe krzaki cierniowe wskazując dawną granicę zdenerwowania. Tyle miesięcy pracy nad sobą, a jednak nie potrafiła opanować odruchów własnego ciała. Ale w tobie już nie ma strachu. Tylko to co razem stworzyliśmy. Posłany w bój przez dziewczynkę o drżąco-przemagającym się głosie jak jęk dziewiczy Napoleona z błyszczącymi oczyma. Ile odwagi a ile miłości do tej bladożylastej dłoni że posłała mnie przeciwko niej w bój. Naprzeciw trzęsącym się dłoniom o pewnym chwycie rzucającym członomężów na kolana i oschłemu uśmiechającemusięszczerze spojrzeniu. Oh, hold me tight... my... tańczące blond włosy, prosty taniec rozkoszy. Odgłos zderzenia kubka z biurkiem oprzytomnił go nieco, ale nie poruszył wzroku, zachowując swą stoicką postawę żywego kamienia. 
- Dziś sobota, zdecydowanie nie Twój dzień Tomaszu. Cóż Cię tu sprowadza?
Ostry dzwonek telefonu. - Słucham. - Tu Monika... przyjaciółka Kariny. Nie wiem czy mnie kojarzysz, ale... - nerwowe przełknięcie śliny - musisz z nią porozmawiać. - O czym - czy to już moja kolej? - Ona zrobi sobie krzywdę, znowu... - zastanawia się czy może użyć słów, które pierwsze przyszły jej na myśl - jest podłamana sytuacją z Filipem - tak chodzi o tą cholerną przepaść, wiem o niej jak wszyscy przyjaciele Kariny.
- Świetnie zdajesz sobie tego sprawę. Ale nie to jest główny problem - wiem, że musi być coś jeszcze. - Ćma kończy szesnaście lat. - Kto? - To jest nie ważne, ważne co ona chce z nim zrobić.
- Nie mnie przenikać Twoje skronie - kiedy to mówiła twarz jej nie drgnęła. moja szkoła
- Nie igraj ze mną - powiedział, a słowa te brzmiały złowieszczo, choć wypowiedział je w żadnym stopniu nie zmieniając tonu.
- Jak niby mam nie igrać, kiedy przychodzisz do mnie łamać nasze zasady.
- Widzisz, nie tak trudno w końcu się przyznać. - Więc co - zaskocz mnie - Emm... - dziecko, nie wstydź się - Przespać się z nim. - Monika, Monika... ruda nienie, blondynka.
- Do niczego się nie przyznałam, a Ty złamałeś nasze zasady przychodząc w takich intencjach.
- Już nie zwrócisz tej rozmowy na inne tory.
- Ja już idę tym torem.
- Masz w sobie coś co koniecznie pragniesz pozostawić w ukryciu.
- A ty chcesz to wydłubać, dobrze wiesz, że we mnie jest tego dużo więcej niż chcesz wiedzieć. Więc powiedz, do cholery, co chcesz usłyszeć. - To nic nowego - jeden w te czy wewte. - On jest dzieckiem, to niewłaściwe - uparta bestia, zależy jej. Igrać, nie, kazała mi sprowadzić ją na ziemię. Kazała - jakie to zabawne. Zastanowi się skąd wiem, zależy co kryje naprawdę.
- Opowiedz mi o Ćmie - powiedział ze spokojem po chwili milczenia, podczas której rozważał aspekty odkrycia rąbka swojej wiedzy.
Znowu nastąpiła chwila ciszy. Tomasz patrzył jak zamyka oczy i odchyla głowę do tyłu. Nie wiedział do końca czy przygotowuje się do wypowiedzenia jakieś trudnej historii czy rzeczywiście jest zaskoczona jego pytaniem. Usłyszał dwukrotny świst powietrza, a jej klatka piersiowa rozszerzyła się znacznie i opadła. A widziałeś kiedyś białą pierś gołębią, tkaną dłońmi mistrza? Bracie... toś nic w życiu nie widział. A czym karmiła twoje bezzębne, uślinione wargi, martwe płody bez pępków. Nigdy nie stanąłeś na baczność na widok jej jasnego uśmiechu i jej przemykającej pomiędzy sypialnią a łazienką w samej haleczce? A teraz wstydź się bo twój mały staje na widok każdej kurwy una curva. Krtań i szczęka poruszyły się ciężko hamowane naciągniętą bladą skórą i przerwał mu cichy początek jej opowiadania:
- To było tydzień przed półmetkiem, taki moment, kiedy wszystko ci jedno. Miałam być pierwsza, poszłam do Filipowego gimnazjum by go zaprosić. I spóźniłam się, a raczej trafiłam na najlepszy moment - wtrąciła z drwiącym uśmiechem. - Jak dawała mu się dotykać, a może to był moment, kiedy jeszcze sama dotykała? Wydawało mi się, że mnie zauważyła i uśmiecha się szyderczo, a przecież nic nie wiedziała. Zrobiłam dwa kroki do tyłu i wpadłam na niego. Już wtedy wydał mi się piękny, szalenie podobny do Filipa, tylko tyle niewinniejszy. Do tej pory pamiętam jego szarą koszulkę i jasne dżinsy. Ale nie było jak w tych cholernych filmach, raczej pieprzona litość. I poszedł ze mną na półmetek. Poświęciłam mu cały wieczór, co trzy minuty wyrzucając Filipa z pamięci i ciesząc się widokiem promieniującej, chłopięcej buzi. Czy muszę mówić jak bardzo chciałam zniszczyć jego mały świat. Pieprzonym aktem prokreacji. Ale nie potrafiłam, wiesz jak cholernie błyszczały jego oczy, jak tego pragnął, i skończyło się na obietnicy. A on właśnie w tym tygodniu skończył szesnaście lat.
- Każesz mi komentować pieprzenie kogoś z litości? - zapytał ironicznie. - Nie wiem czy powinienem - cycasta... nie, mądra. Najnormalniejsza z parady miękkich. - Nie chcę was zwaśnić, ale to dla jej dobra - każdy widzi dla innych lepsze dobro niż mogą sobie sami wybrać.
Nie odpowiedziała mu. Milcząc wpatrywała się w niego wzrokiem, który w swej nieprzejrzystości mógł wyrażać absolutnie wszystko. A jeżeli wszystko to tak naprawdę nic. Pochylił się, oparł ręce na udach i kontynuował:
- Uczysz mnie o Bogu, jego miłości - jedynej i czystej. Tego uczy twoja religia, prawda? Każda sprośna myśl wyrządza skrytą krzywdę - tego mnie uczyłaś. - mówił ważąc każde słowo. - Pójdę do niej, ale nie wiem czy mnie posłucha - najmądrzejsza, spokojna. Taaaa... naturalnie cierpliwa. Ale czy odporna na... pocieranie.
- Nie zmienię nauki Boga, w którego wierzę - zaczęła chłodno - co więcej, nie chcę. Musisz w końcu pojąć, że droga fanatyzmu nie jest drogą wiary. Ja upadam, ja wstaję i nigdy nie jestem sama. Tatuś jest ze mną, kiedy się potykam, to o jego nogi. Dawno temu splamił mnie i na wieczność będę dążyła ku oczyszczeniu. Kiedy szybuję, On jest ze mną. Bóg, o którym Ci opowiadam daje mi skrzydła bo nie chce bym leżała w dole. A dwóch ojców o odkrytych rozrywa łabędzie piersi, każdy chce mieć coś dla siebie. Kawałek nieba, o cóż za ironia. Żaden z nich nie potrzebuje błękitów, tylko białej białej, białej... rączki. Och urwij im jeśli możesz.
- Dlaczego, więc nie uratuje cię od tej obietnicy?
- Bo sama ją sobie wybrałam. Nie proszę Go o to, a On nie narusza ofiarowanej nam wolnej woli.
- Co to za Bóg, który słucha tylko proszących.
- Gdyby wtrącił się w twój misterny plan bez twojej zgody, przeklął byś go za to.
- Ale ty nie prosisz go o pomocną dłoń... - powiedział zaczepnie. - Dziękuję. Wierzę, że ciebie posłucha - czuję uśmiech na umalowanych... nie, naturalnie malinowych ustach, oblizuje je. Że kiedy... - Kiedy mam do niej iść? - Jeszcze w tym tygodniu - cholera, zostaje sobota. Nie rozłączaj się... co ja pierdole. - Jeszcze raz dziękuję. Cześć. - Taa, na razie.
- Wiesz, że mam swoje dziwactwa, chore przekonania, przed którymi nie mogę uciec. Czekam na wieczny zdrój, ale gdzie są końce czasów. Oczyszczenie jest w obcowaniu z czystością - to mi mówi moja wola. I upadam bo to leży w mojej naturze, a szczególnie w naturze mojej woli.
- To cholernie egoistyczne. Żadne chore pragnienia nie tłumaczą odbierania dzieciom największego daru. A Ty to właśnie chcesz zrobić, wiesz o tym, a jednak piszesz wielką teorię kiszenia ogórka... - przerwał i spojrzał na nią. - Co widzisz patrząc na niego? Wąskie bioderka, czujesz, że pulsują kiedy robisz swoje czary. I tylko nie przyznajesz się, że to wszystko wiesz... Nie mieszaj jej w te bajki. Dla dorosłych, pęczniejących chłopców. Przerażone oczy spoglądają na lustro, na niego, lustro niego, lustroniego...
- Pachnie dobrocią...
- Chcesz się na niego rzucić, ale to chore zadowolenie, które czerpiesz z przeciągających gierek, jest silniejsze...
- Dobrym domem i krzyżem...
- Każda chwila, w której kusisz go, budzisz pożądanie - każesz mu grzeszyć, czyż nie? blond burza w dole, nie, nie patrz w dół. Tylko po cichu... wdech i wydech, kurwa. Ymm...
- Chłopcy w jego wieku robią gorsze rzeczy.
- Źle - powiedział stanowczo i uśmiechnął się lekko. - To było słabe... Nie szukaj usprawiedliwienia w gorszych uczynkach. Ten brak uczuć, spokój, to bajka, mam rację? Nauczyłem Cię sztuczki, a ty nadużywasz jej przeciw niewłaściwym osobom. To będzie Cię drogo kosztowało.
- Nic o mnie nie wiesz. Jak w ogóle śmiesz mówić jakbyś znał mnie. Przychodzisz tu i łamiesz nasze zasady, ale robisz to jakbyś wszystko o mnie wiedział. Zatrzymałeś się w rozwoju, drogi Tomaszu, spocząłeś na laurach. Odsłoniłeś karty, w dodatku te, których nie masz.
Czuł jak rośnie w niej bariera, ale nie potrafił tego zatrzymać. Myśl mu uciekała.
- Ale to nie jesteś Ty...
- Wiesz, że teraz szukam duchowej ekstazy, a zaraz powiem, że to był przypadkowy numerek - powiedziała uśmiechając się. - Ale nie próbuj mnie pouczać, to mnie motywuje. Może zrobić Ci herbatę, kawę?
- Kawę - oświadczył. Złote, zołte wołsy, włosy na pąsowej satynie, haleczki - poduszeczki. Wstrętny, grande potwór pochłania zołte wołsy, przykrywa białe skrzydło, one składają się jak łopatki. Zimny pot i wieczorne pąsowe policzki przykładane do równomiernie pląsającego żywota, satynowego. Pod powiekami ukryty widok jej ust rozwartych, piszczących w ustach uślinionego, dławionego potomka. Uszłego z członka grande mostro. Jak smakują łopatki łabędzie? Plasterek jedwabnej tkanki, poszewki krugłowłosej pyzy. Nigdy, nikt nigdy nie zaznał już satyny. Topił się gdzieś w pąsowej pościeli, znowu pochłonęły go jego własne, przepastne myśli. Napięcie wzrastało, powoli, ale stale. Wciąż słyszał Karinę, rozumiał każde jej słowo, które przebijało się przez śpiewającą perkusję i niepokojąco mruczące organy wspomagane drażnioną gitarą. Muzyka dążyła do apogeum, razem z brudnymi myślami rozniecała komórki jego ciała. Teraz już potrafił nazwać to dręczące od młodości, ale nie chciał o tym myśleć. Wśród głębokości doznań nie chciał zgubić, żadnego słowa dziewczyny. Edyp odwiedził swoich rodziców i dokonał nieodwracalnego, spełnił swą tragiczną rolę na wspomnienie lepkiego prześcieradła. Pokusa bladolicych uciech w niebieskim autobusie. Puls basu przypomniał mu w jaki sposób ona plamiła mu chłopięce piżamki.
Wstali by razem udać się do kuchni. Starał się zostać przy świadomości, marszczył czoło wymuszając skupienie na przypadkowych przedmiotach.
- Brakuje Ci faceta. Cii... - przerwał jej, wiszący w jesiennym powietrzu płynącym z otwartego, jaśniejącego słońcem okna, żart. - Nie chłopca i edukacji, tylko seksu. - Zatrzymał się na chwilę rozważając coś w myśli. - Szykuj się, za tydzień idziemy do klubu. 
- Cholera, wiesz, że nie cierpię takich miejsc - oburzyła się nieco Karina, ale z zaciekawieniem przyjęła tą wiadomość. Tak, Karinko, to jedna z tych moich tajemniczych melin. Kurw słodkich słodnich wschodnich mieszkanie. Ale żadna dla ciebie, a ty żadną. Ja o ciebie zadbam. A ją zabawię, prawda ptaszynko, prawa... lewa, prawa lewaprawalewaprawalewa za aniołem marsz do nieba.
- Bez dyskusji, weź sobie koleżankę bo będzie męskie towarzystwo, żebyś nie była sama.
Słyszał, że coś odpowiada z widocznie lepszym nastawieniem. Tatuś wie co chce dla swojej kure... ani się waż. Co ja wyczyniam. Idę w świtanie i widzę oną i czuję jak spływa - m po jej udzie, nie ustach. Wziął głębszy oddech ogrzanego, świszczącego między liśćmi rudymi wiatru - jej włosami. Chciał jak najwięcej zakodować z tego co mówiła. Ale w tamtym momencie jego umysł przestał już analizować, nawet gdyby rozpłakała się przed nim nie zrozumiałby, że coś jest nie tak. 
- Nie rób jej. ...żadnej krzywdy. Tylko popatrz na mądrość, czułość. Jak Lajos mostro, nie trupy dzieci nie chcą być jak żywi dawcy - życia... nie chcą nie dać nie odmawiać nie spać nie nie nie nie - nie braaaać! kurwa Nie rób mu tego - szepnął niemal. - Muszę iść.
Wyszedł pośpiesznie. Ale która jest ona...

Cytat: Wolfmother. HTML: Dżimi. Więcej na alcoholic! Zasila: mylog.pl